Home
Asia
13 April 2015 @ 12:07 am

 
So, it's happening. From now on most of my entries (if not all of them) will be friends only. If you want to know what I'm writing about, let me know in a comment. Preferably with some hint about whether we know eachother or have something in common or any other reason you can think of, why should we be friends. That'll do it :) Consider yourself warned and enter at your own risk :)
 
 
Asia
14 November 2009 @ 02:10 am
Ludu, help!

Czas najwyższy zabrać się za prezentację maturalną, a przynajmniej wypadałoby wiedzieć, co się w niej wykorzysta. Stąd moje pytanie: czy przychodzą wam do głowy jakiekolwiek książki zawierające motyw śmierci jako początku nowego życia? Nie mam żadnych problemów ze znalezieniem innych tekstów kultury, ale przydałaby się jakaś literatura.

Druga sprawa, czy ktoś zna dobre tłumaczenie Dylanowe Death Is Not The End? Lub też McCartnejowe At The End Of The End?

Pamiętajcie, ratujecie mi życie :)
 
 
Asia
27 October 2009 @ 11:37 pm
Znowu miałam pisać prompta, a siedzę po uszy w japońszczyźnie... Chociaż okazało się, że pierwszy raz w życiu podobają mi się aktorzy z mojego pokolenia. Czuję się zaniepokojona :)


Ja i siostra. Pierwsze, o czym pomyślałam widząc prompta (którym nie jest zdjęcie powyżej, to tylko wariacja na temat). Od dziecka byłyśmy do siebie podobne jak dwie krople wody, każdy twierdził, że Izka rosnąc małpuje po mnie. Ale się skończyło. Nawet nie wiem kiedy, po prostu jakoś tak ja zaczęłam dążyć do doskonałości (tak, kula), ona była coraz bardziej patykowata, czyli równowaga zachowana. Kiedy zaczęłam przeżywać swoją buntowniczą małoletniość, ona stała murem za mamą, co mnie tylko wkurzało, więc średnio się dogadywałyśmy. Potem mi przeszło, a przyszedł czas na nią. I wtedy okazało się, jak bardzo jesteśmy różne. Ja darłam się o to, że nie mam za co książek kupować, muzyki, że za dużo na mnie zrzucają jako najstarszą. Ona - że nie ma na kosmetyki, kolejne jeansy, najacze, że nikt jej nie rozumie, i to przecież nie jej wina, że ja nie mam żadnych przyjaciół, z którymi mogłabym się włóczyć cały dzień po mieście (w przeciwieństwie do niej, która chyba zasługuje na jakieś życie towarzyskie, prawda?).

Teraz jesteśmy na etapie względnego spokoju. Jeśli jestem jej do czegoś potrzebna, to przeważnie do przekonywania reszty rodziny, że mogą ją puścić na imprezę, albo że może wrócić później. Najlepiej jest, kiedy się długo nie widzimy. Wtedy tak za sobą masakrycznie tęsknimy, że po powrocie kleimy się do siebie przez parę dni. I wtedy jest fajnie. Bo ja w sumie mogę się do Izki kleić non stop, ale ona miewa fochy, więc ciężko jest wyczuć, kiedy można startować po uściska, a kiedy mnie kopnie i każe spadać.

Ale przecież ją kocham, ona mnie chyba też. Przynajmniej czasami :)
 
 
Asia
27 October 2009 @ 01:24 am
Miałam pisać trzeciego prompta, zamiast tego siedzę na jpopasia.com i oglądam teledyski. No nic, trzeba się zebrać w sobie. Ostrzegam, wpis będzie podobny tematycznie do dzisiejszego [info]eartha_endogan , ale nie moja wina, że ona mieszka w Anglii, a ja kocham Anglię. Bywa.

W swoim życiu kilka razy byłam za granicą, częściej tą bliższą niż dalszą, ale dla porównania postanowiłam wygrzebać z pamięci dwa wyjazdy. Kompletnie różne. Blisko i daleko (no, względnie). Krótko i długo. Znając język i nie znając języka (bazując na podobieństwach do polskiego). Co najśmieszniejsze, to ten dłuższy wyjazd do Anglii wspominam lepiej niż trzydniową wycieczkę do Lwowa.

Pamiętam, że pierwszej nocy we Lwowie płakałam, bo czułam się samotna. Chociaż na wymianie był ze mną cały samorząd. Nie wiem, od czego to zależało, po prostu nie potrafiłam się odnaleźć w tym mieście, dogadać z ludźmi, u których mieszkałam. Trzy dni, które ledwo wytrzymałam.

W Brighton, które właściwie okazało się być Hove (a pierwotnie miało być Edynburgiem) spędziłam dwa tygodnie i nie miałam ochoty wracać. Poza oczywistą tęsknotą za rodzicami i głupią siostrą, było świetnie. Nie przeszkadzało mi to, że prysznic mogłam brać tylko wieczorem, że w moim pokoju stała ogólnodostępna lodówka, że moja gospodyni karmiła mnie jak, nie przymierzając, Baba Jaga Jasia... Codziennie rano wstawałam do szkoły, w przerwie na lunch biegiem leciałam za róg do Gregg's po bagietkę z kurczakiem tikka (mniam) i kawę... Co prawda kasa, jaką udało mi się przepuścić w charity shopach, Primarku i HMV jest niewyobrażalna, ale to akurat zganiam na zagłodzenie mojej biednej, małomiasteczkowej duszyczki. Było mi tam zwyczajnie dobrze. Kiedy szłam sobie ulicą, kiedy uśmiechał się do mnie każdy kierowca autobusu, kiedy po szkole jadłam na plaży truskawi, kiedy w Tesco mój ulubiony kasjer codziennie pytał "how are you love?"...

Widocznie każdy człowiek ma swoje i nieswoje miejsca. UK jest moje. Nie oddam :)
 
 
Asia
25 October 2009 @ 09:22 pm
Dzień drugi.

Z okazji Dna Nauczyciela (mylnie nazywanego Dniem Edukacji Narodowej przez zawistnych nie-nauczycieli) postanowiłam zrobić coś znaczącego, więc umyłam okno w swoim pokoju. Po jakichś pięciu latach. Nie bardzo przeszkadzał mi stopniowo gromadzący się brud, okno i tak jest mikroskopijne, a w pokoju ciemno (chyba, że zapali się światło, oczywista).

Zabrałam się do prawy fachowo, kupiłam nawet płyn do mycia szyb, towar zdecydowanie deficytowy w moim domu (nikt nie lubi myć okien). Kiedy w końcu odskrobałam szyby, framugi i uszczelki z syfu, okazał się, że mam całkiem przejrzyste sąsiedztwo. Nie jakoś specjalnie piękne, ale nareszcie wyraźnie widoczne :). Tym sposobem mogę sobie czasami popatrzeć na czyste niebo i fajne chmurki, lub też gwiazdy. Do wyboru. Wschodu słońca dalej nie widać, ale to już wina stojących na drodze budynków. Gdyby ich nie było, założę się, że wschód też mogłabym zobaczyć. Szczególnie latem, kiedy dopiero kładę się spać.

Przy okazji wiekopomnego wydarzenia odkryłam, że siatka zainstalowana w jednej połowie okna ma dziurę, w której spokojnie mieści się najgrubszy z moich palców. Oraz że przez tą siatkę (vide: niemożność wychylenia się przez tą połowę okna) nie mogę do końca umyć zewnętrznego parapetu. I taki sobie jest, brudny na końcu :).

Tak sobie myślę, że przy moim tempie zabierania się do umycia tego nieszczęsnego okna, ten raz mógł być ostatni w moim życiu. Na studiach będę miała inne okno, o które trzeba będzie się troszczyć...
 
 
Asia
25 October 2009 @ 12:40 am
Przypomniałam sobie! Mam własną historię! Co prawda nie tak bardzo odległą, bo z początków podstawówki, ale zawsze.

Miałam od przedszkola dwóch kumpli-sąsiadów, Patryka i Filipa. Do Filipa chodziłam przez płot, obok Bardzo Groźnego Psa, ale wspominam tylko dla upamiętnienia swojego męstwa :). Z Patrykiem i Filipem biegaliśmy po osiedlu, jeździliśmy na beemiksach, kosiliśmy wiraże z obrażeniami łokci i kolan, kradliśmy czereśnie sąsiadom... Takie tam. Kiedyś chłopakom wyraźnie się nudziło, bo zawezwali mnie za bunkier z prądem i postanowili, że zorganizujemy sobie ślub. Tak o, bo nie ma nic ciekawszego do roboty. Tak więc z braku innych niewiast na podorędziu ja zostałam żoną, Filip mężem, a Patryk księdzem. I nas ożenił :)

Potem przez kilka lat moi rodzice pytali, co tam u ich ulubionego zięcia, a za którymś razem wysypali się księdzu po kolędzie. Proboszcz miał niezłą minę, kiedy się dowiedział, że ma konkurencję na własnym podwórku :)

Przez tego gupiego prompta odkurzyłam albumy i nawet podłączyłam skaner do komputera, więc na deser mały Asiek i wciąż nastoletni Tata Aśka :)


 

 
 
Music: Happysad
 
 
Asia
24 October 2009 @ 09:14 pm
Ciekawa rzecz, ten Tydzień Spamera. A że powinnam zadbać trochę o Dżeja, czemu nie tak?

Dzień pierwszy , prompt by [info]dark_vanessa


Pamiętam takie zdjęcia w albumie dziadków. Mnie i mojej siostry nikt tak nie pozował. Ale zawsze uważałam, że te dzieci miały fajniej, wyglądały tak poważnie i odświętnie, ja tylko zwyczajnie. To musiało być wydarzenie, cała rodzina zbiera się po to, żeby być razem na zdjęciu. Na moich zdjęciach zawsze kogoś brakuje. Albo taty, bo on zawsze stał "po drugiej stronie", albo mnie, bo nie lubiłam swoich zdjęć, albo Izy, mojej siostry, bo gdzieś pobiegła i nie można było jej zaciągnąć przed obiektyw...

Najbardziej lubię swoje bobasowe zdjęcia. Wtedy wychodziłam najładniej, potem aparat zaczął mnie peszyć i już nie potrafiłam się ładnie uśmiechać. Jako pierwsze dziecko mam tonę takich swoich zdjęć, cały pierwszy album skupia się na mnie i przypadkowych osobach, które miały szczęście trzymać mnie akurat na rękach. Oglądając ten album dowiedziałam się, że płakałam zawsze, kiedy dziadek brał mnie na ręce (bałam się jego nosa), i że lubiłam gryźć różne rzeczy (łóżko, lalki, misiaki). Pamiętam zdjęcia zimą, z Kazimierza Dolnego, jedne z niewielu na których jestem z tatą. Obydwoje owinięci w szaliki, kaptury i ciepłe swetry. Ja mam na sobie taki śmieszny kombinezon, brązowy... Na jednym zdjęciu tata trzyma mnie na rękach, na drugim gdzieś biegniemy, na kolejnym tarzamy się w śniegu... Fajnie było kiedyś. Teraz albo ja nie mam czasu, albo tata. od dwóch lat próbujemy się umówić we dwoje w góry. Znowu nie wyszło, byłam chora.

W ogóle najfajniejsze są te zdjęcia z tatą. Wygląda na nich tak młodo, jak gdyby ciągle miał siedemnaście lat, chociaż był już mężem i ojcem, pracował na mnie i mamę.

Podobno kiedyś byliśmy wszyscy pod namiotami, miałam wtedy rok, czy coś koło tego, i kiedy zostałam rano sama w namiocie, przyszedł do mnie kot.

Innym razem, w sanatorium, tłumaczyłam starszym paniom na ławce w parku, skąd się biorą dzieci. Mając trzy lata :)

Ale mało pamiętam. Większość to to, co opowiadają mi inni. Mam zakodowane wypadki traumatyczne, jak na przykład systematyczne zdzieranie kolan na krawężnikach i murkach (ale tato, ja sama!) do piątego roku życia. Albo pamiętną rocznicę ślubu dziadków, kiedy tańcząc wpadłam na akwarium z żółwiem. Do dzisiaj mam bliznę na pięcie. Kiedyś razem z Izą i naszymi kuzynami graliśmy w pokoju w balona. Babcia zmywała naczynia w kuchni. Musiała się nieźle przestraszyć, kiedy kuzyn wbiegł do niej z rozwaloną głową, bo balon leciał w stronę kaloryfera, a my nie chcieliśmy, żeby pękł od gorąca...

Najbardziej wypadkowa była moja mama, która głowę miała zszywaną jakieś trzy razy. Lubiła skakać na tapczanie dziadka, takim z ostrymi krawędziami. Albo kiedyś jechała z dziadkiem, na bagażniku roweru, a dziadek nie zauważył, kiedy ją zgubił na wybojach.

Mój tata kiedyś wbił sobie trzonek siekiery w głowę. Rąbał drzewo, trzonek się poluzował i spadł przy zamachnięciu. A dziadek niósł kiedyś kosę i pociął nią sobie pięty.

Iza kiedyś szła po schodach z zamkniętymi oczami...

Jak widać, miłych i spokojnych rzeczy nie pamiętam. Chyba bardziej utkwiły mi w pamięci historie moich rodziców i dziadków, niż moje własne. Widocznie nie było co pamiętać...
 
 
Music: Happysad
 
 
Asia
22 October 2009 @ 03:47 pm
As you can see, said and done. This one is a very special piece, by an incredible artist Nicolas Gouny, who's gallery can be seen HERE. Make sure you'll check his work, he does amazing things with colours and shapes. And I was so lucky to receive his permission to use one of his masterpieces! Lucky me, I guess :)

I wanted to have some sky here, first without any particular reason, after this night, because of the Koizora (which has an English title Sky of Love and the sky is present all the time there). And I love sky, you know my sunset addiction :)

Not to take any longer, the actual graphic:
 
 



 
 
Asia
19 October 2009 @ 09:53 pm
Pamiętacie małą Gabrysię? Od jakiegoś czasu leży w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Od niedawna jest też podopieczną Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". Jeśli tylko możecie, popchnijcie ten link dalej. Nie proszę o nic więcej, a im więcej osób wie, tym lepiej dla kruszyny. Chciałabym wreszcie zobaczyć ją w domu ;(